Recenzja “Labiryntu Fauna” Guillermo del Toro

23.03.2007 at 22:56:30 (Recenzje filmów)

No, czas na pierwszą na tym blogu recenzję filmu. Najwyższy czas, zważywszy na to, że filmy oglądać lubię, aczkolwiek nigdy jakimś dobrym krytykiem nie byłem…

Tym, co zaskoczyło mnie już na samym początku, jest fakt, że film nie jest amerykański. Może to naiwne, ale większość filmów jest robiona w Hollywood, albo przynajmniej ma angielską ścieżkę dźwiękową. Tymczasem film, który widziałem jako “Pan’s Labyrinth”, okazuje się być “El Laberinto del Fauno” – filmem hiszpańskim. Wydaje mi się, że daje się to odczuć przez cały czas trwania obrazu. I nie wynika to tylko ze ścieżki dźwiękowej – reżyser zupełnie inaczej podchodzi do świata, do postaci… Pojawia się dużo więcej brutalności niż w filmach amerykańskich, ale ta brutalność, mimo, że odrzuca w pewnych momentach, wydaje się pasować do filmu.

Gdy załączałem film, oczekiwałem czegoś w konwencji fantasy. Tymczasem mamy do czynienia z filmem o wojnie, o cierpieniu małej dziewczynki, o świecie marzeń… Ale uprzedzam – to nie “Narnia”, tutaj nic nie jest takie różowe. Świat nie jest pełen dobrych uczuć, nie ma rzeszy altruistów. Nie przepełnia też wszystkiego magia, która dawałaby cudowne rozwiązanie każdego problemu.

Podsumowując, film jest, przynajmniej dla mnie, dość oryginalny i inny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Należy jednak pamiętać, że niektóre sceny są naprawdę brutalne – ot, choćby zaszywanie sobie rozciętej części twarzy przez kapitana igłą lub też moment, gdy morduje człowieka udrzejąc go po twarzy butelką. Jeżeli więc ktoś szuka po prostu kolejnej “Narnii”, powinien ten film omijać szerokim łukiem. To NIE JEST film fantasy, a przynajmniej nie jest to film fantasy w takim sensie, w jakim odbiera to pojęcię większość ludzi – cukierkową opowieścią z magią i elfami.

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Fizyka

23.03.2007 at 21:32:54 (My Life)

Spędziłem większą część wczorajszego wieczora nad sprawozdaniem z fizyki, ale w końcu coś tam wyprodukowałem, bazując na jakiś tam “pomocach naukowych” =] Poszliśmy więc z szankiem dzisiaj to z drżącym sercem zdawać… Ostatecznie, z terminem się o tydzień spóźniliśmy, jeszcze nam profesor uciekł. Na szczęście, przyszedł pod koniec, a my wepchaliśmy się na początek kolejki do niego. Zaczął oceniać, oglądać… Ponieważ tym razem to ja miałem przygotować obliczenia, ja odpowiadałem, a szank sobie po prostu siedział obok. I co z tego wynikło? Ha, to proste, 4.0 dla nas! Ha ha! Jestem boski! =]
Wcześniej byliśmy próbować zaliczać spektroskop, ale szank źle policzył pochodne, więc wylecieliśmy z hukiem i tekstem: ‘Do poprawy’. Cóż, za tydzień szank się bardziej będzie musiał postarać. Martwi mnie tylko to, że ja będę musiał fotokomórkę zrobić… Niefajnie :/

Tak w ogóle, to szank za dużo wie z fizyki :/ Ja tam w ogóle nie widzę, w którą stronę będzie skierowana praca… Dla mnie kwadrat na zawsze pozostanie powierzchnią zamkniętą… Dla mnie strumienie to będą tylko danych… Zdecydowanie fizyczny nie jestem. I nie lubię liczyć całek oznaczonych z pracy po jakiejś drodze. Głupie to :/

O, bo zapomniałbym, Olusia na swoim blogu wrzuciła parę notatek. Warto zajrzeć. Szkoda, że Kociak nic na swoim nie pisała… Trzeba będzie ją do tego zagonić!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz